Londyn część I
Trafalgar Square

Londyn część I

Śmietanka partii – Lokacji na mapie… nie ma? – Kto umie czytać zygzakiem? – Ostatnia Kariatyda – Psychologia tłumu – 

Maj 2018. Przede mną jedno z najważniejszych miast Europy. Must see wszystkich podróżników, Mekka emigrantów zarobkowych Europy Środkowo-Wschodniej i miejsce prywatek śmietanki świata finansjery. Miasto, w którym przez kilka wieków zapadały najważniejsze decyzje na świecie. To również metropolia z bogatą historią i nawet bogatszą kulturą. Ale inne myśli chodzą mi po głowie chłodnej nocy 17/18 maja kiedy stoję na Bakery Street nie posiadając biletu autobusowego, karty miejskiej ani karty kredytowej, jako jego substytutu. Pozdrowienia z Londynu! 

Begin at the beginning, jak już mawiają. Pomysł na odwiedzenie Londynu nie zrodził się w moich myślach spontanicznie. Podróż ta istniała u mnie w wyobraźni już od dawna, a wybór dnia jej realizacji był jedynie kwestią czasu i nieuniknioną konsekwencją mojego hobby. Zrządzeniem losu mój wybór, który padł na najtańszy (kto by pomyślał?) weekend, pokrył się z odbywającym się w tym samym czasie królewskim ślubem. Był to również wyjazd od samego początku do końca trzymający w napięciu. A rozpoczęło się ono na kilka dni przed terminem odlotu wraz z odwołaniem rezerwacji pokoju, którą posiadałem już prawie miesiąc.  Nastąpiła moja szybka reakcja i zamówiłem kolejny pokój. Również odwołany. Czasu było coraz mniej, ale podjąłem się ostatniej próby skorzystania z airbnb. I kiedy zostało około 20 godzin do odlotu odetchnąłem z ulgą, gdy przyszła wiadomość o potwierdzeniu rezerwacji. 

Przybywszy na lotnisko Szczecin-Goleniów spotkała mnie pierwsza niespodzianka. Wśród oczekujących na samolot znalazły się osobistości wagi państwowej. Orientując się w bieżącej polityce mogłem rozróżnić między innymi Panią Ewę Kopacz, Panią Kidawę-Błońska, Pana Rafała Grupińskiego, jednym słowem crème de la crème partii rządzącej nieprzerwanie przez 8 lat w Polsce. Byłem ogromnie zdziwiony widząc polityków takiego kalibru w dodatku w porcie lotniczym, o którego istnieniu dowiedziałem się dopiero kilka miesięcy wcześniej. Tym chętniej podszedłem porozmawiać z przedstawicielami narodu. Nie wyjawię tematów dyskusji, ażeby uniknąć mieszania się w sprawy polityczne, natomiast ich wypowiedzi uznałem za wybitnie dyplomatyczne i nieszczere, przez co doznałem lekkiego zawodu.

Po wylądowaniu w Stansted uzmysłowiłem sobie, że po raz pierwszy znajduję się na tak dużym lotnisku. Aby usprawnić ruch strumień przybyłych kierowany był w zależności od posiadanego dokumentu. Dowody osobiste na prawo, paszporty na lewo. Panie, rzecz jasna, komunikaty nadawały po angielsku, które w zderzeniu z barierą językową nowo przybyłych nie dawały pożądanego rezultatu, a w konsekwencji przy kontroli powstało zamieszanie. Nieoczywistość drogi do autobusu spowodowana wielkością lotniska była uciążliwa. Na szczęście, całą drogę od Goleniowa towarzyszyła mi inna Polka, której sympatię zdobyłem, kiedy użyczając zapalniczkę pod zakazem palenia wszedłem z nią w dialog. Bardziej doświadczona i obyta w podróżach na tej trasie wytłumaczyła mi drogę na parking. 

Muszę przyznać, że przyjemnie było jechać przez przedmieścia Londynu, gdzie znana nam z kadrów filmów charakterystyczna zabudowa tworzyła niesamowity krajobraz. Dlatego pomimo zmęczenia, bez mrugania oczyma, aby zobaczyć jak najwięcej z osobliwości miejsca, w którym się znalazłem, obserwowałem z zaciekawieniem otoczenie. Wyrwałem się z tego transu wysiadając na Bakery Street, kiedy nadeszła pora na rozwiązanie kolejnego problemu, czyli jak dostać się do mieszkania. Pobliska stacja metra była zamknięta, nie było więc możliwości kupna żadnej formy biletu, w Londynie nie ma biletomatów, a moją kartą nie mogłem dokonać płatności w autobusie. Zdałem się więc na życzliwość ludzką, bo cóż innego mogłem zrobić? Po nieudanej oczywiście płatności kartą sympatyczny kierowca kazał mi wsiadać. Moja pierwsza podróż komunikacją miejską była też pierwszą stycznością ze społecznością metropolii oraz jej zachowaniem. Po pierwsze, rzucał się w oczy swobodny kontakt z kierowcą autobusu, ludzie gawędzili z nim, negocjowali wchodzenie bez biletów, a także żartowali z nim, a nawet podrywali go. Po drugie, rzucali: thank you! Podczas opuszczania autobusu. Sami pomyślcie co jest lepsze- to, czy nasi naburmuszeni, wiecznie niezadowoleni i odszczekujący w odpowiedzi na pytania jadących kierowcy. 

Pominę nudny fragment o szukaniu mieszkania, wspomnę tylko, że nawigacja zaczęła szwankować i nadziałem się, podobno niepierwszy na tą samą sytuację co inni podróżujący. I tak stałem zmęczony, z wyczerpującą się baterią przed lokalizacją wskazaną mi przez GPS, która pod żadnym względem nie przypominała tej ze zdjęć przesłanych przez gospodarza pytając się samego siebie co poszło nie tak. Istotne jest to, że w końcu dotarłem do pokoju. 

PIĄTEK

Rano starym zwyczajem poszedłem rozejrzeć się po okolicy. Było to jakbym przechadzał się w innym świecie. Barbican zaskakuje swoją osobliwością. Surowe, dosyć regularne bryły pozbawione zdobień nasuwają na myśl budownictwo PRL-u, ni to ładne, ni to brzydkie, ale z pewnością wyjątkowe. Moim pierwszym przystankiem miało być British Museum, a udałem się tam metrem. Kilka słów o nim, ponieważ Londyńskie metro zasługuje na wyróżnienie. Przede wszystkim „The Tube” to najstarsze metro na świecie. Jest to także najlepszy i najdroższy transport miejski jakim podróżowałem. Najdłuższy czas oczekiwania wyniósł 2,5 minuty, podziwiam sprawność jego funkcjonowania i nie sprawiające problemów przesiadki między liniami. 

British Museum to obowiązkowy przystanek dla wszystkich fanów historii. Ilość zbiorów jest przytłaczająca nawet dla zwykłego turysty. Według mnie szczególnie warto obejrzeć zbiory, które raczej trudno znaleźć w naszych okolicach. Mowa tu wystawach cywilizacjach Bliskiego Wschodu (Sumerów i Asyryjczyków i Ameryki Łacińskiej (Azteków i Majów). Te też najbardziej przykuły moją uwagę i zdecydowałem się na oprowadzanie z przewodnikiem. Kto by pomyślał, że Majowie czytali swoje pismo obrazkowe czyniąc zygzak, albo że Aztekowie importowali jadeit z Meksyku do wyrobu zdobień. Jak chociażby tego słynnego węża. 

wąż Aztekowie skarb jadeit
British Museum

Pamiętacie moją podróż do Aten? (dokładnie ten post) Pisałem o Erchtejonie na Akropolu, którego strop podtrzymywało 6 Kariatyd. 5 z nich znajduje się w muzeum u stóp zbocza, a ostatnia została wywieziona przez Brytyjczyków i w ten sposób znalazła się w Londynie. Na dowód mam zdjęcie szóstej i tak oto podróżując ze mną rozwiązaliście zagadkę brakującej Kariatydy.

kariatyda british museum
Kariatyda

Po pouczającej wizycie w Muzeum Brytyjskim postanowiłem przechadzać się po najbardziej turystycznych arteriach Londynu i tak zwiedzałem idąc z prądem ludzi Oxford Street, Regent Street, Carnaby Street i wiele innych pomniejszych uliczek. Stolica Anglii jest miejscem, w którym zrozumiałem co właściwie znaczą tłumy. Kiedy przemierza się samemu zatłoczone ulice człowiek myśli, że za chwilę strumień ludzi zacznie zmniejszać się powoli, ulotni się z czasem, aż w końcu zniknie zupełnie. W gigantycznej metropolii, jaką jest Londyn tłum funkcjonuje nie jako anomalia rzeczywistości, która pojawia się z powodu czasowego zagęszczenia ludzi na pewnym obszarze, błąd, który za chwilę zostanie naprawiony, gdy tylko każdy rozejdzie się w swoją stronę, ale jako część miejskiego krajobrazu. Z powodu swojej trwałości, występując jako zjawisko nierozerwalnie złączone z życiem miasta tłum przestaje jawić się jako zbiór odrębnych jednostek, a staje się jednolitą masą ludzką. Immanentną cechą takiego stanu rzeczy jest zamiana mentalności skoncentrowanej na sobie na mentalność zbiorową. Dzieje się tak, ponieważ zachowanie człowieka konstytuowane jest przez otoczenie, a gdy znajduje się pośród wielu innych ludzi często upodabnia się do reszty. Efekt tłumu jest ciekawym zagadnieniem. Dopiero znajdując się pośród tylu ludzi człowiek dostrzega swoją niewielkość, bo czymże jest jedna mrówka w mrowisku? Jest to moja teoria, ale wydaje mi się, że nieprzypadkowo to z Zachodu płyną do nas nowe idee, które zyskują tam poklask, ponieważ znacznie łatwiej o ich rozprzestrzenienie. Implantowanie poglądów jest łatwiejsze, kiedy kilku ludzi z tłumu je podchwyci i stanie się ich wektorami. Dlatego należy uprzytomnić sobie potęgę „kontrolerów myśli”; przystosowanie ich poglądów następuje znacznie szybciej niż w naszym społeczeństwie.

Z drugiej zaś strony Londyn jest tyglem kulturowym i głównym w Europie obok miast takich jak Paryż, czy Bruksela reprezentantem różnorodności. Każdego dnia setki narodów, wyznań i ras mijają się i wchodzą ze sobą w interakcję. Prawdą jest, że taka mocna dywersyfikacja wzbogaca stolicę Anglii kulturowo. Niejednolitość uzewnętrznia się w rysach twarzy, ubiorze, czy makijażu. Sądzę, że jest to jedna z rzeczy, dla których warto odwiedzić Londyn i dać się nim zainspirować. Na początku można czuć się zgubionym i obcym, ale pod bardzo zróżnicowaną powierzchownością odnajdujemy sympatię i nieprawdopodobną wręcz otwartość Londyńczyków. Jest to część klimatu miasta, a zarazem kolejna cecha, dla której powinniście odwiedzić Londyn. Przykładów na potwierdzenie moich słów jest mnóstwo. Jest nim chociażby partia szachów na Trafalgar Square z miejscowym, występy uliczne, podczas których bierze się ochotników do uczestnictwa w show i zwykłe porady dotyczące drogi.

Wieczór upłynął w przyjaznej atmosferze. Postanowiłem obejrzeć panoramę miasta, a w tym celu musiałem odnaleźć punkt widokowy. Wybór padł na Shard, wieżowiec wznoszący się nad południowym brzegiem Tamizy. Trzydzieste piętro i wysokiej klasy drinki skutecznie mnie przekonały. Widok rozciągał się w poprzek Londynu i był wyjątkowy ze względu na zróżnicowanie architektoniczne miasta. Wieżowce, parlament, mosty i szeregi kamieniczek, a pomiędzy nimi leniwie meandrująca Tamiza. 

C.D.N.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Za kilka dni wybieram się do Londynu. Już odliczam dni. Uwielbiam to miasto. Z przyjemnością przeczytałam Twój wpis.

    1. Wojtek

      Dzięki za miłe słowa! Udanej podróży 🙂

Dodaj komentarz