Londyn część II

Londyn część II

– Kwestia żywienia – Analogie i wywody – Angielski i angielski- Spotkajmy się w Londynie – 

SOBOTA

Niespiesznie wstałem rano po burzliwym wieczorze. Przede mną widniała nieciekawa wizja śniadania z przygotowanej kanapki, którą kupiłem poprzedniego dnia. Westchnąłem tylko i zabrałem się do jej pałaszowania. Kwestia jedzenia w Londynie nie jest skomplikowana. W czasie mojego wyjazdu większość posiłków kupowałem w pobliskich sklepach wykorzystując ofertę meal deal, w ramach której wygłodniały klient dostawał rozsądnych rozmiarów kanapkę, przekąskę typu baton, bądź chipsy oraz wodę. Niski koszt, a także zaoszczędzony czas na przygotowaniu w pełni rekompensował niedogodności w postaci jakości takich posiłków. 

Mój plan na drugi dzień wycieczki obejmował zwiedzanie głównych atrakcji Londynu z przewodnikiem. Kilka dni przed wyjazdem udało mi się bowiem zarezerwować miejsce na pieszym tourze po mieście. Zdziwiłem się kiedy okazało się, że przewodnik jest Polakiem. Jako, że grupa, którą miał oprowadzać była międzynarodowa i obok mnie znaleźli się jegomoście w turbanach, hałaśliwi spadkobiercy kultury iberoamerykańskiej oraz piękne Europejki, przewodnik zmuszony był używać języka zrozumiałego dla wszystkich. Z oczywistych względów padło na angielski, który w jego wykonaniu był wprawdzie zrozumiały lecz nie bił rekordów. 

Niemniej jednak, na tle opowieści miłośnika historii, którym niewątpliwie był przewodnik, kolejno odwiedzane przez nas zabytki oprócz materialnej atrakcyjności fasad wiktoriańskich budowli, strzelistych wieżyczek Westminister Abbey, czy surowych murów Tudorów zyskiwały w wymiarze metafizycznym. To samo działo się z pomnikami, które mijane bezrefleksyjnie przez dziesiątki tysięcy przechodniów mogły z pewnością wzbudzić szacunek w grupie zainteresowanych turystów. Z tegoż powodu polecam zwiedzanie miasta z przewodnikiem, który wydobędzie znaczenie historii i okoliczności powstania tych cichych londyńskich obywateli, którzy nie figurują już w żadnym rejestrze. Tak, aby śmieszny odlew spełnił swoją rolę, czy to opowiadając o ważnym dla mieszkańców wydarzeniu, czy też upamiętnił zasługi nieżyjącego już geniusza. Można sobie zadać pytanie, jaki sens ma oglądanie się za reliktami przeszłości? Z jednej strony te czasy już przecież minęły, a postawy i idee ówczesnych zostały pogrzebane wraz z nimi na cmentarzach. Z drugiej jednak strony, od ludzi i wydarzeń można się uczyć, aby nie popełniać błędów przeszłości. Ci pierwsi podejmując polemikę powiedzą, że ich doświadczenia są nieprzystające do nowych realiów i nie znajdują dzisiaj zastosowania. A jakie jest moje zdanie? Ja dowiodę, że cała wiedza, którą nam się wpaja od dziecka, zaczynając od nauki czerpanej z podręczników przez normy życia społecznego po etykę postępowania na moralnym rozdrożu bazuje na doświadczeniach przodków zbieranych przez wieki. W ten sposób niewielki ułamek owej wiedzy z jakim mamy do czynienia na drodze edukacji możemy za pośrednictwem podróży rozszerzyć do większych rozmiarów. Przykładowo, dlaczego reformy cara Piotra I Wielkiego, którym zostały poddane Rosyjskie gałęzie administracji, wojsko, marynarka i edukacja odniosły tak ogromny sukces, że uczyniły z Rosji potęgę? Otóż w młodości miał okazję wybrać się w podróż po krajach zachodnioeuropejskich oraz przyjrzeć się z bliska funkcjonującym tam systemom, aby potem móc wykorzystać je na gruncie Rosyjskim. Miało to miejsce ponad 300 lat temu, a pomysły tego typu są od jakiegoś czasu wdrażane w większych polskich firmach, które wysyłają swoich pracowników za granicę do bardziej rozwiniętych krajów w celu obserwacji i potencjalnego przystosowania obcych rozwiązań do polskich warunków.

Wracając do samego Londynu; mimo, że miasto jest bardzo pociągające, to na kanwie wydarzeń związanych z royal wedding stał się jeszcze bardziej atrakcyjny. W oknach kamieniczek wisiały flagi Wielkiej Brytanii, a na każdym rogu sprzedawane były tandetne bibeloty z podobiznami Megan i Harrego, balony, na których wybałuszona para wyglądała komicznie i kiczowate gadżety uwieczniające nowożeńców. Nie dając się nabrać na zalewające miasto souveniry dla typowych turystów zdecydowałem się zwieńczyć swój pobyt w Londynie zakupem ślubnego wydania Timesa, który teraz zajmuje dumne miejsce w moim pokoju. Mimo, że nie brałem udziału w hucznej paradzie pary młodej i tak czułem się częścią wyjątkowego wydarzenia, które będzie miało wpływ na przyszłość monarchii brytyjskiej. 

Wieczór zacząłem od spaceru po Hyde Parku. I muszę przyznać, że jako park w centrum miasta robi wrażenie swoimi rozmiarami. Tłumy ludzi wykonywały najróżniejsze czynności. Od piknikowania przez całą gamę sportów po zwyczajny chilling. W dodatku od strony Marble Arch znajduje się Speaker’s Corner, czyli miejsce, w którym każdy może stanąć i wygłosić swoje przemówienie.  Dla mnie jest to miejsce niesamowite, z wielkim potencjałem do spędzania wolnego czasu. 

Londyn żyje nocą, wieczór więc skończyłem w pubie, którego nazwy nie pamiętam i to nie z powodu alkoholu uderzającego mi do głowy, a dlatego, że wszedłem do pierwszego lepszego jaki znalazłem. Pomimo krzywdzących cen uważam, że można bawić się w takim miejscu wyśmienicie, integrować z innymi turystami, których są całe masy, czy też śpiewać karaoke. Najśmieszniejsze jest to jak trudno mi było dogadać się z barmanem posługującym się nienagannym angielskim; brytyjskim angielskim. Dotychczas uważałem, że całkiem nieźle radzę sobie z tym językiem, ale spotkanie z rodowitym Brytyjczykiem zweryfikowało moje poglądy. Myślę, że wielu ludzi spotyka to samo rozczarowanie, gdy po wieloletniej nauce przyjeżdzają na wyspy brytyjskie i pewni swoich umiejętności rozpoczynają dialog z tubylcami. Wtedy okazuje się, że osobliwy akcent nieprzyjemnie utrudnia komunikację, tak, że w efekcie każde wypowiedziane zdanie nieszczęsny barman musiał powtarzać dwa lub trzy razy, abym zrozumiał. Zaawansowany angielski… phi, jasne. 

Mogę pominąć pośpiech, w którym następnego dnia udawałem się na autobus oraz fakt, że ledwo wyrobiłem się na samolot. I znowu podkreślę, że nie jest to w żaden sposób powiązane z procentami, którymi udało mi się spożyć poprzedniej nocy. Przejdźmy więc do ostatecznej konstatacji.

Londyn jest olbrzymim miastem w wiecznym ruchu, z zabieganymi ludźmi i tysiącami turystów. Ale bogactwo jego kultury jest tak przytłaczające, że można spędzić w nim mnóstwo czasu i… się w nim zakochać. Kiedy wrócę do tej przepięknej stolicy Anglii? Tego nie wiem, ale wiem, że wrócę na pewno.

Do zobaczenia, spotkajmy się w Londynie!

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Andrzej

    Hello.
    Fajny tekst , przyjemnie się czyta, dla tych którzy dotąd nie byli w Londynie całkiem dobry materiał do przeczytania przed wyjazdem, zamiast brnięcia w kilkudziesiecio stronicowe przewodniki.

    Brawo !!

    1. Wojtek

      Hi there,
      Dzięki za pozytywny komentarz, jesteś niezastąpiony 😀

Dodaj komentarz