Ateny część IV

Ateny część IV

Nowy kompan – Aspri perta… – jeden całus po meksykańsku, dwa po hiszpańsku

PIĄTEK

Istnieje powiedzenie, że najgorsze są powroty. Zgadzam się z nim w zupełności. Mój powrót do Polski zaczął się od powrotu do mieszkania, co nastąpiło dopiero o 6 rano. Zastanawiacie się jak mogłem tyle czasu spędzić z nowo poznanymi przyjaciółmi? Sam się zastanawiam. Jest to dowód  na to, jak dobrze się dogadywaliśmy i przestaliśmy śledzić upływ czasu. Poza tym nikomu się nie spieszyło. Sądzę, że musiałbym się nieźle namęczyć, żeby wyjaśnić Grekom ideę pośpiechu. Nie zauważyłem, żeby to zjawisko miało tam miejsce. Prawdopodobnie od czasu do czasu występuje i jest postrzegane jako anomalia, nie ma racji bytu, podobnie jak deszcz, który spadnie z nieba na nieprzygotowane umysły Ateńczyków wprawiając ich w osłupienie i zniknie tak szybko, jak się pojawił nie pozostawiając po sobie śladu w pamięci. Kiedy szliśmy w stronę metra doszło do kolejnego ciekawego incydentu. Chłopak Fene kazał nam się zatrzymać, sam zniknął i po chwili pojawił się wręczając każdemu świeżego rogalika. Okazało się, że zna właściciela piekarni, która właśnie przygotowała się do transportu pieczywa. Nie wiem, co bardziej mnie zdziwiło, fakt, iż ktokolwiek pracuje w Grecji o tej porze, czy przypadkowość całej sytuacji, kiedy to idąc losową ulicą, przechodząc obok jeszcze bardziej losowego lokalu zostaję obdarowany wypiekami. Niespiesznie (robiąc dwa przystanki na odpoczynek) doszliśmy do stacji metra, które zaczęło kursy po nocnej przerwie i miało już niemało klientów.

Niewyspany i głodny wyniosłem się z mieszkania około 10 rano i nie oddalając się zbytnio od Placu Konstytucji, z którego na lotnisko prowadziła specjalna linia metra, wypiłem bardzo dobrą kawę i kupiłem śniadanie w Macu z zamysłem zjedzenia go po drodze. Kolejny aspekt życia w Grecji nie umknął mojej uwadze. Z mojego doświadczenia wynika, że za podobną cenę zdobędziemy kawę lepszej jakości niż w Polsce. W przeciętnym lokalu napój już zaczyna pieścić podniebienie, natomiast w naszym rodzimym kraju uczucie to zaczyna się dopiero za większą opłatą w kawiarni wyższej klasy.

Stosując się do moich zasad bardziej niż zazwyczaj (ponieważ nie zostawiłem sobie miejsca na błąd i był to ostani przejazd, który gwarantował dotarcie na lotnisko przed godziną odlotu) podszedłem do dwójki osób, które z daleka wyglądały jak matka z synem żegnający się przed odjazdem, co wydedukowałem spoglądając na walizkę i stertę toreb, otaczających chłopaka. Jak tylko upewniłem się, że wybrałem dobry kierunek zapoznałem się z parą i lekko się zmieszałem, ponieważ obydwoje byli studentami i to starszymi ode mnie. Ona wyglądała na znacznie starszą, a on młodszego. Siergiej, bo tak się nazywał, pół Rosjanin, pół Włoch studiuje we Wrocławiu w ramach Erasmusa, i tak samo jak ja wracał do Poznania, co bardzo mi odpowiadało, ponieważ oznaczało to atrakcję w trakcie podróży w postaci wymiany naszych doświadczeń na temat Grecji. Przejazd na lotnisko upłynął więc szybko. Mój nowy znajomy to zabawny człowiek. Dziecięca twarz, skąpy zarost i przysadzista sylwetka wraz z flegmatycznym usposobieniem kontrastowała z wiekiem, przez co promieniował raczej groteską niż powagą. Niemniej jednak jest to inteligentny mężczyzna, z którym chętnie wdałem się w dyskusję o kraju naszej destynacji. Kiedy wysiedliśmy z metra uświadomiłem sobie, że zapomniałem o bardzo istotnym fakcie. Mianowicie bramki na lotnisku jako jedyne są zamknięte a ja nie posiadam biletu, aby je otworzyć. Siergiej na szczęście nie miał nic przeciwko wykonaniu manewru wspólnego sforsowania ich za pomocą jego biletu. Tym sposobem dostaliśmy się na lotnisko, gdzie usiedliśmy w celu konsumpcji mojego śniadania. Na kanwie ostatnich wydarzeń stwierdziłem, że mój kompan jest w porządku, więc nie pozwolę mu głodować w tym samym czasie pochłaniając kanapki i odstąpiłem mu jedną, za co był mi bardzo wdzięczny.

Nie wiem co zawiniło, nasze nieogarnięcie, czy fantazje projektanta lotniska, że błądziliśmy nie mogąc znaleźć miejsca odprawy, a na autobus odwożący pasażerów do samolotu dotarliśmy akurat na czas. Nie byliśmy jednak tym faktem ani trochę poruszeni. Skosztowawszy greckiego życia, z naciskiem na jego niesamowicie wolne tempo, zastanawialiśmy się czy pilot sam zdąży wsiąść zanim samolot wystartuje. Czekając na sprawdzenie kart pokładowych postanowiłem popisać się Siergiejowi moją znajomością greckiego i wyrecytowałem mu łamańca językowego:Aspri petra… Przyznał, że jest pod wrażeniem; inaczej jednak zareagowała starsza Pani stojąca w kolejce przed nami, która pokiwała z zażenowaniem głową i poprawiła moją wymowę dodając coś po grecku.

Lot stanowi dogodną okazję na ucięcie drzemki. Nie lubię jednak marnować czasu i wolę wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, aby tego uniknąć, dlatego, jak tylko zająłem miejsce,przywitałem się z moją sąsiadką. Nie traktuję lotu powrotnego jako końca podróży, a więc jej cele są dalej aktualne. Oznacza to, że chcę poznać jak najwięcej ciekawych ludzi, których spotkam na swojej drodze i nastąpiła ku temu sposobność. Meksykanka studiująca w Katowicach o imieniu Yoalli była niezwykle oczytaną osobą, która zwiedziła kawał świata. Byliśmy więc w stanie porozmawiać o różnicach kultur: polskiej, greckiej, meksykańskiej, czy niemieckiej widzianychokiem młodych ludzi, przedyskutowaliśmy styl życia naszych nacji i moglibyśmy tak dłużej gdyby nie przerwało nam lądowanie. Dzięki niej dowiedziałem się sporo na temat Ameryki Łacińskiej. Ludzie tacy jak ona, podróżnicy, posiadają rozległą wiedzę na całą gamę tematów, zdobywają dystans do zjawisk społecznych, mają zdolność do ich analizy i relatywnie bardziej krytyczne spojrzenie.

Polska przywitała nas przeszywającym, siarczystym, lutowym chłodem. Chmury, nabrzmiałe kłęby tłumnie okupowały nieboskłon rzucając na ziemię ponure cienie. Poraziła nas olbrzymia dysproporcja pomiędzy pogodną ateńską atmosferą, a surowym klimatem północnego kraju. Nawet ludzie wydawali się ostrzejsi w obyciu. Na koniec zapytałem Yoalli i jej koleżankę z Hiszpanii o zwyczaje panujące w ich krajach podczas żegnania się. W Meksyku jest to jeden całus w policzek, a na półwyspie Iberyjskim dwa. Bogatszy w nową wiedzę pożegnałem się z raz po meksykańsku i dwa razy po hiszpańsku.

Do zobaczenia w kolejnej podróży!

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Kaśka

    Będąc w pociągu całkiem przyjemnie się czyta i ma się chęć coraz dalej ruszać w świat:)) Pozdrawiam i życzę więcej udanych wypadów i ciekawych wpisów na bloga

    1. Wojtek

      Dzięki za miłe słowa :)) Obiecuję, że wpisów będzie coraz więcej. Również pozdrawiam

Dodaj komentarz